[T] Twoje idealne dopasowanie: Ciężar nazwiska

niedziela, 5 lipca 2026


Witajcie :) w niedzielny wieczór zapraszam na długo wyczekiwany, trzeci rozdział tej historii. Przenosimy się do przeszłości, a konkretnie do ósmego roku, w którym Hermiona, Draco i ich znajomi wracają do Hogwartu po wojnie. Ten rozdział dotyczy Draco. Kolejny będzie dotyczył Hermiony. Dajcie znać, jak wrażenia.

Na czwarty rozdział zapraszam w przyszły weekend. To chyba jeden z najdłuższych rozdziałów w mojej tłumaczeniowej karierze, ale będziecie zadowoleni, obiecuję. Powoli wracam z tym opowiadaniem, w sierpniu postaram się trochę przyspieszyć.

Tyle ode mnie. Miłej lektury!


 _____________


Rozdział 3: Ciężar nazwiska

 

Draco


1 września 1998 roku

Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie

 

Draco patrzył, jak McGonagall wchodziła po schodach na peron, a jej tartanowe szaty szeleściły z charakterystyczną dla niej rzeczową, władczą manierą. Pozostali uczniowie wyprostowali się, jakby ich postawa mogła usunąć z pamięci miniony rok. Ich była profesor — a obecna dyrektorka — czekała, aż zapadnie cisza i ustanie szuranie.

Czekała jeszcze chwilę, rozglądając się po małej grupie powracających do szkoły uczniów.

— Witamy ponownie w Hogwarcie na waszym bezprecedensowym ósmym roku nauki. Mam nadzieję, że każde z was znajdzie w tych murach to, czego szuka. — Ponownie zamilkła, a jej oczy błyszczały podejrzliwie. — Niektórzy z was są tu, żeby dokończyć edukację. Niektórzy, by spędzić jeszcze jeden rok z przyjaciółmi. Niektórzy, by zamknąć ten rozdział…

W powietrzu zapadła ciężka cisza.

— Niektórzy z nas są tu, by uniknąć więzienia — mruknął Draco pod nosem.

To ironicznie stwierdzenie wywołało stłumiony chichot Theo z prawej strony i przy okazji Draco oberwał łokciem w żebra od Blaise’a z lewej strony.

— To prawda — wyszeptał do swojego najlepszego przyjaciela.

Jednak Blaise się nie śmiał — po prostu obserwował Draco chwilę dłużej niż zwykle, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Draco znał to spojrzenie. Widział je całe lato. Oznaczało, że Blaise — jak zwykle — obserwował wszystko: ton głosu Draco, jego postawę, sposób, w jaki udawał, że nie zauważał spojrzeń rzucanych w jego stronę.

Tuż po Bitwie o Hogwart Ministerstwo w błyskawicznym tempie rozpoczęło procesy. Draco był zdumiony, że instytucja, która zaledwie kilka tygodni wcześniej była przynajmniej biernie współwinna rządów Voldemorta (z pewnością nie włożyła wiele wysiłku w jego powstrzymanie), teraz pozycjonowała się jako wzór cnoty i sprawiedliwości.

Ale co on w ogóle wiedział? Jego życie zawsze toczyło się w odcieniach szarości.

Kiedy nadszedł czas procesów Malfoyów — wszystkie trzy odbywały się jeden po drugim — sprawa stała się medialną sensacją. Jego ojciec został skazany na osiem lat w Azkabanie. Draco wciąż nie był pewien, jak to możliwe, że nie na dłużej. Po przeanalizowaniu wspomnień wspomnianego mężczyzny — a także wielu innych — Wizengamot stwierdził, że Lucjusz Malfoy był tak słabą wersją samego siebie, jak Draco na początku szóstego roku, i nie był dla Voldemorta zbyt cennym nabytkiem.

Co oczywiście było prawdą. Zanim Potter pokonał Czarnego Pana, jego ojciec ledwo był w stanie sklecić sensowne zdanie.

Ku zaskoczeniu Draco, Potter i Granger pojawili się na sali sądowej przed rozprawą jego i jego matki. Weasley najwyraźniej nie miał ochoty się tam pojawić — i dobrze, zdaniem Draco. Zawsze uważał ten odcień czerwieni za bolesny dla oka.

Potter i Granger zeznali przed Wizengamotem, że wojna mogłaby potoczyć się inaczej, gdy nie pomoc zaoferowana przez Draco i jego matkę.

Nie jestem pewien, na ile to prawda, pomyślał Draco. Ale z pewnością nie jestem tym, kto zagląda w zęby obdarowanemu hipogryfowi.

Dwie trzecie Złotego Trio opowiedziało historię z Dworu Malfoyów, szczegółowo opisując, jak Draco nie rozpoznał żadnego z nich — choć musiał wiedzieć, kim byli.

Co było prawdą. Rozpoznał ich od razu — choć byli brudni i zagłodzeni.

Potter upierał się, że Draco dobrowolnie oddał różdżkę, że mógł ją z łatwością przejąć.

Co było poniekąd prawdą. Chociaż Draco nie podał jej na srebrnej tacy — to sprawiłoby, że rzucono by na niego więcej Cruciatusów tej nocy — nie walczył też o jej zatrzymanie.

Ostatecznie ich zeznania doprowadziły do rocznego aresztu domowego dla Narcyzy. Nie było mocnych dowodów na to, że wyrządziła wiele krzywdy, ale Ministerstwo nie miało zamiaru puścić tego płazem Malfoyom, którzy przez lata gościli w swoim Dworze Voldemorta.

Draco został skazany na ściśle monitorowany dozór kuratorski na obowiązkowym, ósmym roku w Hogwarcie. Zamek nigdy bardziej nie przypominał klatki.

Otrząsnął się z zamyślenia, wsłuchując się w przemówienie McGonagall. Przypomniała im, że pozostaną w swoich domach, ale zamieszkają razem w oddzielnym dormitorium dla ósmoklasistów. Nadal mogli brać udział w kwalifikacjach i grać w swoich drużynach Quidditcha, nie obowiązywała ich godzina policyjna i mogli odwiedzać Hogsmeade, kiedy tylko chcieli.

Spojrzenie profesor McGonagall na chwilę przeniosło się na Draco, ale chyba że jesteś Draco Malfoyem nie padło z jej ust.

Przydział do domu nie miał dla niego, Blaise’a ani Theo większego znaczenia, ponieważ byli jedynymi Ślizgonami z ich rocznika. Większość chłopaków postanowiło nie kończyć szkoły lub przeniosło się do Durmstrangu. Wiele dziewcząt miało zdawać owutemy hybrydowo, a niektóre — Pansy Parkinson, Tracy Davis i siostry Greengrass — kończyły naukę w Beauxbatons.

Nawet gdyby wróciło więcej Ślizgonów, Draco nie zawracałby sobie głowy drużyną Quidditcha w tym roku. Jego kurator prawdopodobnie uznałby to za „zbyt fajną zabawę”, a on sam był teraz kimś w rodzaju wyrzutka społeczeństwa, nawet we własnym domu.

Brak godziny policyjnej i nieograniczone wizyty w Hogsmeade nie miały dla niego znaczenia — mógł poruszać się tylko po szkole i błoniach.

To będzie długi, nudny rok, westchnął w duchu.

Gdy mogli się rozejść, cała trójka udała się do swojego dormitorium, rezygnując z kolacji w Wielkiej Sali na rzecz dostarczenia jej przez skrzaty domowe do pokoju. To kolejny przywilej dla uczniów ósmego roku, pod warunkiem, że nikt nie będzie go nadużywał.

Gdy tylko Draco otworzył drzwi, Blaise i Theo minęli go, szybko wybierając swoje łóżka.

Draco położył się na swoim, a Blaise i Theo natychmiast zaczęli przestawiać meble — przenosząc szafkę nocną z nieużywanego, trzeciego łóżka na drugą stronę ich łóżka, które najwyraźniej zamierzali dzielić.

— Przynajmniej jesteśmy tu sami.

Draco westchnął, opadając z powrotem na łóżko — nie tak wygodne jak w domu, ale na pewno lepsze niż w Azkabanie.

— I nie zapomnijcie o zaklęciu wyciszającym — dodał, rzucając żartobliwe spojrzenie przyjaciołom, którzy przytulali się na łóżku. — Mam już dość przypominania wam o tym jak podczas lata.

Ponieważ nikt inny nie dzielił z nimi pokoju, Theo i Blaise nie musieli się ukrywać, jak to robili w zeszłym roku.

— Tak, tak — mruknął Blaise, udając, że wstaje i rzuca zaklęcie wyciszające na baldachim, po czym wskoczył za Theo i zaciągnął zasłony.

Draco pozwolił, by jego wzrok powędrował ku baldachimowi nad nim. Cicho, prywatnie i względnie spokojnie — całkiem niezły początek, biorąc wszystko pod uwagę.

Mimo to nie mógł się oprzeć myśli, że pomimo wszystkich tych gadek o „nowym początku”, to o wiele bardziej przypominało odsiadywanie kary w lepszej pościeli.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Październik 1998

 

Profesor Babbling stała z przodu sali, posyłając kartki w kierunku swoich uczniów ze stosu pergaminów. Draco z łatwością złapał swój i nie ukrywał uśmieszku, gdy Theo uderzył go w ramię.

— Zamknij się, głupku — syknął jego najlepszy przyjaciel, odkładając arkusz na biurko.

— To — zaczęła profesor — są parametry i wymagania projektu tłumaczeniowego, nad którym będziecie pracować do końca roku.

Draco uniósł brwi w kierunku linii włosów, czytając listę.

Profesor Babbling uniosła rękę, uciszając pytających uczniów.

— Przed końcem zajęć omówimy wszystko szczegółowo, ale podsumowując — będziecie pracować w parach i wspólnie przetłumaczycie różne teksty, od starożytnych runów, na współczesny język potoczny.

Rozejrzała się po klasie kamiennym, niewzruszonym wzrokiem, gdy rozległ się chór jęków i pomruków. Kiedy wszyscy ucichli, wskazała różdżką na tablicę za sobą. Kawałek kredy uniósł się w powietrze, zawisając w oczekiwaniu.

— Wasze pary zostaną tu zapisane — powiedziała. — Gdy wasza para zostanie ujawniona, proszę usiąść obok partnera. Będziecie musieli siedzieć razem przez resztę roku, pracując nad projektem.

Draco obserwował, jak uczniowie dobierają się w pary. Blaise, który miał pracować z Ronem Weasleyem, wyglądał tak, jakby miał skoczyć z najwyższej trybuny boiska Quidditcha. Theo był w parze z Luną Lovegood — co, delikatnie mówiąc, powinno być interesujące.

— Życz mi powodzenia — powiedział Theo, wstając, by usiąść obok Lovegood.

Draco pomachał do niego, nie podnosząc wzroku, nie chcąc widzieć przerażenia na twarzy swojej nowej partnerki. Wciąż patrzył w dół, gdy na biurko obok niego wylądował plecak, a jego właścicielka westchnęła z rozbawieniem.

— Dwa razy w ciągu jednego dnia, Malfoy? To musi być jakiś rekord. — Granger uśmiechnęła się ironicznie. — Co, wszechświat wyczerpał wszystkie możliwości?

Draco spojrzał w górę ze zdziwieniem, gdy siadała obok niego.

Mrugnął, rozdarty między niedowierzaniem a czymś, co podejrzanie przypominało oczekiwanie. Poczuł ucisk w żołądku, jednocześnie nieprzyjemny i ekscytujący — jak stanie zbyt blisko ognia w zimną noc.

To uczucie było mu tak obce, że prawie go nie rozpoznał, ale mocno tkwiło w jego piersi, nie dając się zignorować.

Granger nie zwracała uwagi na jego milczenie, gdy zaczynała rozpakowywać torbę.

— Wspólny projekt z eliksirów, a teraz to?

Odchrząknął, w końcu odzyskując głos.

— To jakiś niebywały pech, Granger. Trzeba się zastanowić, gdzie popełniłaś błąd.

W cichej klasie rozbrzmiał jej śmiech — szczery i radosny. Trafił Draco we wrażliwe miejsce, o którym nie wiedział, że wciąż tam jest, i nagle poczuł się bardzo wdzięczny za projekty.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Listopad 1998

 

Draco przeciskał się między regałami i stołami biblioteki Hogwartu, z zamiarem dotarcia do swojego zwykłego miejsca z tyłu. Schowane za regałem ze starożytnymi runami, było tak ciche — i tak niepopularne — że ludzie rzadko się tam zapuszczali.

Tuż przed minięciem ostatniego regału usłyszał głosy dochodzące z biblioteki — szorstkie szepty i syczące tony głosu.

Rozdrażnionego, skomlącego tonu głosu Łasica nie dało się pomylić.

— Ale Miona, to Śmierciożerca!

Były Śmierciożerca, Ron — poprawiła go Granger cierpliwym tonem. — Już o tym rozmawialiśmy.

— Ale…

Tym razem głos Pottera dotarł do uszu Draco, który starał się być głosem rozsądku.

— Ron, daj spokój. Hermiona sobie poradzi… poza tym, przecież nie wybrała sobie partnera do tych projektów.

— A propos — kontynuowała Granger, najwyraźniej próbując nakłonić Łasica do zmiany tematu. — Mam robotę do zrobienia. Obiecuję, że później do was dołączę.

Draco czekał, aż chłopaki znikną w sąsiednim przejściu — na szczęście byli nieświadomi, że ich obserwował.

Podszedł do stolika, przy którym Hermiona pisała na dwóch różnych kawałkach pergaminu. Zazwyczaj pisała na jednym przez chwilę, zanim coś jej przyszło do głowy i przerzucała się na drugi, podczas gdy on rozkładał swoje rzeczy na boku.

— Wiesz — zaczął, sprawiając, że podniosła wzrok znad swojego pergaminu — biorąc pod uwagę to, jak nieświadomi są ci dwaj, to cud, że przeżyli wojnę.

Granger parsknęła śmiechem, choć próbowała ukryć to kaszlem.

Draco uśmiechnął się złośliwie, nie mogąc się powstrzymać od kontynuowania:

— Ale mieli ciebie, więc chyba nic dziwnego, że im się udało.

Rumieniec, który rozlał się po policzkach Granger, był bardziej satysfakcjonujący niż jakakolwiek odpowiedź, jakiej mogłaby mu udzielić.

Chwycił podręcznik do starożytnych run, słownik runiczny i egzemplarz starożytnego pisma, które mieli przetłumaczyć, otwierając go w miejscu, w którym skończył podczas ich ostatniego spotkania.

Granger kontynuowała pisanie, jej pióro miarowo drapało dwa kawałki pergaminu przez prawie dziesięć minut, zanim Draco znów się odezwał.

— Nie zdawałem sobie sprawy, że jesteś już w trakcie przepisywania swojej części tłumaczenia — zauważył cicho.

— Nie jestem.

Jej głos był rozkojarzony i nie podniosła wzroku, mówiąc.

Zanucił zamyślony i wrócił do wyszukiwania run, podczas gdy ona kontynuowała pisanie.

Po kilku minutach Draco odchrząknął i znów się odezwał.

— Wiesz, że esej z naszego projektu z eliksirów jest do oddania dopiero tuż przed przerwą świąteczną, prawda?

— Nie pracuję nad naszym esejem z eliksirów. — Nadal nie podniosła wzroku. — Jeśli masz jakieś pytanie, Malfoy… po prostu zapytaj.

Draco westchnął, udając zdziwienie i ściskając się za pierś.

— Dziękuję! Taka myśl z pewnością nigdy nie przyszłaby mi do głowy.

To w końcu sprawiło, że podniosła wzrok — choćby po to, by przewrócić oczami — po czym wróciła do pracy.

— Dobra. — Westchnął. — Co piszesz?

— To — odpowiedziała, wskazując na listę, nad którą pracowała — jest lista potencjalnych stanowisk w Ministerstwie, o które chciałabym się ubiegać, i stopni mistrzowskich, które rozważam.

Draco zamruczał w zamyśleniu, po czym wrócił do przeglądania słownika. Czuł na sobie wzrok Granger, ale skupił się na tłumaczonych przez siebie runach.

— A ty? — zapytała Granger.

— Co ja?

Granger westchnęła, jakby był najgłupszą osobą, z jaką miała nieprzyjemność dzielić stół.

— Jakie masz plany po ukończeniu szkoły?

Parsknął śmiechem.

— Serio, Granger?

Przyszpiliła go ostrym spojrzeniem.

— To bardzo poważne pytanie, Malfoy.

— Moje życie było zaplanowane na długo przed moimi narodzinami — powiedział przeciągle. — Nie ma sensu czegokolwiek planować.

— Przykro mi, Malfoy — mruknęła cicho, nerwowo przerzucając pergaminy przed sobą. — To smutne.

— Tak po prostu jest.

Wzruszył ramionami, wracając do swojej pracy.

Ponownie zapadła między nimi przyjacielska cisza, jedynym dźwiękiem przy stole był odgłos przewracanych kartek i drapanie piór.

W końcu ciekawość wzięła górę, gdy Draco obserwował, jak Granger przechodzi od listy do listu, który pisała.

— Co jest na drugim pergaminie?

Tym razem, gdy Granger podniosła wzrok, jej oczy płonęły, a w lokach błyskały iskry magii.

— Piszę do DKNMS, DPPC i Kingsleya, by poskarżyć się na brak wsparcia Ministerstwa dla Rumuńskiego Sanktuarium Smoków — a konkretnie na brak humanitarnego traktowania smoków.

Draco mrugnął, analizując tę informację.

— Dlaczego?

— Dlaczego nie? — Granger prychnęła głośno. — Masz pojęcie, ile smoków wykorzystuje się do warzenia eliksirów i wyrobu różdżek? Smocza krew, łuski i włókno sercowe — wszystko to zbiera się do tworzenia magicznych rzeczy.

— Jasne…

— Zbieranie tych „składników” — zrobiła pauzę, by nakreślić cudzysłów w powietrzu — to jedno. Ale smoki są często maltretowane lub wręcz krzywdzone podczas zbiorów. Niektóre są zabijane przedwcześnie — i w brutalny sposób — by zdobyć te składniki. — Ostatkiem sił złapała oddech, zanim kontynuowała: — Łuski ciągle odpadają, więc nie rozumiem, dlaczego smoki są dla nich krzywdzone. Smoki powinny być monitorowane przez Ministerstwo — nie żeby ktokolwiek robił to dobrze — więc dlaczego nie poczekać, aż umrą śmiercią naturalną, żeby zebrać resztę? — Jej loki zdawały się żyć własnym życiem, gdy tak wygłaszała swoje tyrady. — Gdyby smocze sanktuarium otrzymało więcej wsparcia i funduszy, mogłoby dostarczać tyle krwi i łusek — dzięki badaniom lekarskim i naturalnemu zrzucaniu — ile tylko przemysł eliksirów mógłby potrzebować. Ale ponieważ żadne Ministerstwo nie wydaje się tym specjalnie przejmować, nie mają wyboru i muszą ledwo wiązać koniec z końcem — podczas gdy mogliby robić o wiele więcej.

Draco odchylił się na krześle, patrząc na nią wzrokiem bliskim rozbawienia.

— Merlinie, Granger — rzekł przeciągle — zachowaj trochę słusznej furii dla nas wszystkich.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Dwa tygodnie później

 

Kolejny dzień, kolejna sesja nauki, pomyślał Draco, przemierzając bibliotekę.

Dotarł do ich stolika i zastał Granger gorączkowo bazgrającą na kolejnym kawałku pergaminu. Uśmiechnął się złośliwie, siadając wygodnie i tym razem wyciągając materiały z eliksirów.

— Kogo dziś dotknęło twoje oburzenie, Granger?

Lekki uśmiech uniósł kącik jej ust, gdy spojrzała na niego, po czym wróciła do pisania.

— DKNMS.

— Znowu? — zapytał, a w jego głosie słychać było udawane oburzenie. — Co ci biedacy zrobili?

— Raczej czego nie zrobili — mruknęła, gdy magia — co nie dziwiło — zaczęła iskrzyć w jej lokach.

Draco uśmiechnął się złośliwie i gestem poprosił, by mówiła.

— Mów dalej.

— Powinni byli od początku utworzyć dwa oddzielne departamenty — wyjaśniła Granger. — Jeden — jak DKNMS — do pracy z magicznymi stworzeniami, takimi jak smoki, jednorożce i tym podobne.

— Czyli to, co robią teraz?

— Jeszcze nie skończyłam — ostrzegła, unosząc brew.

Draco uniósł obie ręce w geście poddania, starannie tłumiąc śmiech.

— Powinni zostać podzieleni na dwa wydziały — kontynuowała. — Drugi powinien być czymś w rodzaju Biura Łączności z Magicznymi Stworzeniami. Obecna sytuacja jest zgoła obraźliwa! — Jej włosy zdawały się rosnąć i puszyć z każdym słowem, stając się niemal świadome, gdy wygłaszała swoje tyrady. — Skrzaty domowe, gobliny, trytony, centaury — to inteligentne istoty z własnymi kulturami i językami. Naprawdę, skrzaty domowe, centaury i gobliny potrafią mówić wieloma językami!

Uniósł brwi ze zdziwienia — nigdy tak o tym nie myślał.

Granger kontynuowała, niezrażona jego milczeniem, wskazując piórem w dłoni dla podkreślenia. Niechlujny kok na czubku jej głowy poruszał się razem z nią, ledwo utrzymywany w miejscu przez różdżkę.

— Skrzaty domowe potrafią posługiwać się magią, którą ledwo rozumiemy, gobliny zarządzają całym naszym systemem finansowym — oprócz tworzenia pięknej biżuterii i metaloplastyki — a centaury to niezwykle inteligentne istoty. Firenzo tu uczył! — wykrzyknęła, a jej głos unosił się, gdy magia przemykała przez jej włosy. — Ale ludzie myślą, że wiedzą lepiej, więc wrzucili ich do tej samej kategorii co niuchacze i nieśmiałki.

Draco patrzył z lekko otwartymi ustami, jak w pojedynkę obalała przekonania dotyczące magicznych stworzeń, które głosił przez całe życie.

Ona nie była tylko inteligentna — była oślepiająca. Pełna pasji, uparta, błyskotliwa. Była siłą natury owiniętą w dzikie loki i ostre łokcie.

I nawet tego nie dostrzegała.

Potem zastygła w bezruchu, a jej głos złagodniał.

— A potem zastanawiamy się, skąd się biorą wojny. Zastanawiamy się, skąd się biorą zachowania wobec ludzi takich jak ja.

To uderzyło mocno. Zbyt mocno.

Draco poczuł coś, co bardzo przypominało wstyd. I coś jeszcze, czego nie chciał nazwać.

Zanim zdążył się powstrzymać, wyciągnął do niej rękę — jedną dłonią chwycił jej wolną dłoń spoczywającą na stole.

— Granger, przepraszam…

— Przestań, Malfoy — przerwała mu, powoli kręcąc głową. — Nie mówiłam o tobie. Wiem, że przepracowałeś swoje dotychczasowe przekonania na temat mugolaków. Poza tym, już przeprosiłeś.

Tym razem to Draco głośno parsknął.

— Wyjąkane „przepraszam”, gdy wyprowadzano mnie z sali sądowej, się nie liczy. Masz jednak rację — kontynuował. — Od lat w to nie wierzyłem. Ale przez długi czas używałem tego słowa i udawałem, że wierzę — co również jest złe.

Granger ścisnęła jego dłoń, jej oczy błyszczały, gdy posłała mu dodający otuchy uśmiech.

— Naprawdę przepraszam za wszystko, co ci powiedziałem. Przepraszam, że używałem tego słowa. Przepraszam, że sprawiłem, że poczułaś się wykluczona i niemile widziana. Ja…

— Draco, przestań — powiedziała stanowczo. Przełknęła ślinę, patrząc na ich złączone dłonie. — Wybaczam ci.

Brzmiało to jak prawda, w którą postanowiła uwierzyć, nawet jeśli bolały ją stare rany.

Jej dłoń była ciepła w jego dłoni, uziemiając go w sposób, którego się nie spodziewał.

Chciał zapytać, co ona w nim widzi — czym to wszystko było według niej. Ale nie zapytał. Bo cokolwiek to było, nie mogło trwać wiecznie.

Nie z jego nazwiskiem. Nie z jej przyszłością.

Wiedział, że lepiej nie trzymać się zbyt blisko niej. Ten rok się kończy. Ich relacja też się skończy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Kiedy Draco wrócił tego wieczora do dormitorium, Blaise i Theo spali — splątani ze sobą na środku łóżka. Nawet we śnie Blaise utrzymywał pozycję obronną wokół swojego chłopaka, z ciałem zwróconym w stronę drzwi, wtulając się w Theo.

Po prysznicu Draco leżał w łóżku, długo wpatrując się w baldachim. Kiedy sen nie nadchodził — co nie było niczym niezwykłym w tym momencie jego życia — sięgnął po listy, które przyszły wcześniej: jeden od eleganckiej płomykówki matki, a drugi od słabo wyglądającej sowy z Azkabanu.

Początkowo nawet nie sprawdzał, który list był czyj, uświadamiając sobie, że pierwszy należał do jego ojca, dopiero gdy zauważył elegancki charakter pisma płynący po tanim pergaminie z Azkabanu.

 

Draco,

Twoja matka mówiła, że masz się dobrze, że przestrzegasz warunków zawieszenia w prawach i że dobrze to wróży Twojej przyszłości. Nie potrafię wyrazić, jak wielką ulgę mi to przynosi. Nawet jeśli nie zawsze to czujesz, zaufaj mi, kiedy mówię, że chcę Cię wspierać, mówiąc o Twoich przyszłych przedsięwzięciach.

Wiem, że Cię zawiodłem, mój synu. Nigdy nie byłem ojcem, którym powinienem być, i wymagałem od Ciebie rzeczy, których żadne dziecko nie powinno doświadczyć. Spędziłem większość Twojego życia, żądając ślepego posłuszeństwa zamiast służyć radą. Konsekwencje moich wyborów będą ciążyć na naszej rodzinie do końca życia. Niektóre z tych decyzji były podyktowane strachem — inne nie.

Nie piszę tego, by się usprawiedliwiać. Tylko, aby przeprosić.

Zasługiwałeś na lepsze traktowanie niż to, jakie Cię spotkało. Choć być może jest już za późno, teraz to widzę. Siła, którą okazywałeś przez ostatnie dwa lata, nie pochodziła ode mnie. Należy całkowicie do Ciebie.

Choć w żaden sposób nie rekompensuje to tego, o co Cię prosiłem, chcę, żebyś wiedział, że rozwiązałem kontrakt małżeński z Parkinsonami. Przynajmniej mogę cofnąć jedną decyzję, którą podjąłem za Ciebie.

Proszę, wiedz, że choć teraz niczego od Ciebie nie żądam, to proszę, żebyś — gdy nadejdzie czas — rządził z większą siłą niż ja. Jesteśmy tym, kim jesteśmy, Draco. Malfoyami. Zastanów się, co to nazwisko nadal znaczy… i co może znaczyć.

To wszystko, co chciałem napisać.

Twój ojciec,

Lucjusz

 

Draco wpatrywał się w pergamin przez kilka długich minut, czytając go jeszcze raz, by upewnić się, że go źle nie zinterpretował.

Data wskazywała, że list został napisany kilka tygodni temu, co nie stanowiło zaskoczenia — poczta z Azkabanu jest wysyłana mniej więcej raz w miesiącu.

To nie do końca prawdziwe przeprosiny, pomyślał. Ale to więcej, niż kiedykolwiek myślałem, że dostanę. I przynajmniej nie muszę się żenić z Pansy — dzięki Merlinowi. To byłoby jak ślub z własną siostrą.

Złożył list i odłożył go z powrotem na szafkę nocną, biorąc głęboki oddech, zanim otworzył drugi.

 

Draco,

mam nadzieję, że masz się dobrze. Bogowie wiedzą, że w tym roku nie miałam od Ciebie wystarczająco dużo wiadomości, żeby samej się o tym przekonać. Ufam, że w szkole wszystko dobrze i że trzymasz głowę nisko, i unikasz kłopotów.

Chociaż decyzja Wizengamotu o odesłaniu Cię z powrotem do Hogwartu nie jest idealna, jest lepsza niż alternatywa. Musimy wykorzystać te nieliczne możliwości, które nam pozostały. Jesteś obserwowany ze wszystkich stron i nie muszę Ci przypominać, co jest na szali.

Nie wiem, czy dostałeś już list od ojca — poczta z Azkabanu jest niedopuszczalnie opóźniona. Ale wiedz jedno: mógł zerwać kontrakt z Parkinsonami, ale będę szukała innej opcji. Stać nas na więcej niż córka Priscilli.

Wczoraj dostałam list od pana Rosiera. On, jak wielu innych, jest ciekaw Twojej przyszłości — jaką drogą pójdziesz, jakie sojusze odbudujesz, jakie przekonania będziesz głosił. Nie jesteś już dzieckiem, Draco, bez względu na to, jak długo będziesz zmuszony siedzieć w klasie.

Przypomnę Ci, tak jak kiedyś Twojemu ojcu: nie ma miejsca na sentymenty. Rozproszenia mają swoją cenę i dobrze by było, gdybyś o tym pamiętał.

Twój ojciec wciąż dopytuje o Ciebie w listach i dałam mu znać, że masz się dobrze.

Jesteś ostatnią nadzieją dla nazwiska Malfoy, Draco. Nie zapominaj o tym.

Matka

 

Draco złożył list i odłożył go z powrotem na szafkę nocną obok drugiego. Sztywność i natarczywość matki już go nie zaskakiwała. Nie miał jej tego za złe, już nie. Przeżyła zbyt wiele, zbyt długo, samą siłą woli. Ciepło nie było już luksusem, na który mogła sobie pozwolić, nawet jeśli się go obawiała.

Umiem czytać między wierszami, pomyślał z goryczą. Bądź lepszy. Bądź użyteczny. Bądź wystarczający, by zrekompensować wszystkie czyny twojego ojca.

Wstał i cicho poszedł do łazienki, gdzie ochlapał twarz zimną wodą i wziął głęboki oddech, wpatrując się w swoje odbicie.

Kiedy wyszedł z łazienki, Blaise siedział na łóżku, obserwując go z cienia.

— Wszystko w porządku? — zapytał Blaise głosem szorstkim od snu, ale mimo wszystko miał bystry wzrok.

Draco tylko kiwnął głową, wślizgując się pod kołdrę bez odpowiedzi. Blaise nie naciskał — nigdy tego nie robił. Milczał, jakby wiedział, kto wysłał listy i dokładnie, co zawierają.

Kiedy Draco wrócił do łóżka, pozwolił myślom skupić się na Granger. Na jej jasnej, intensywnej energii, jej otwartości tak bardzo kontrastującej z czymkolwiek innym, co widział w życiu — zwłaszcza od wojny.

Przycisnął nasadę dłoni do oczu i powoli wypuścił powietrze, jakby to mogło pomóc zrzucić ciężar z jego piersi.

Za późno. Już dawno zapomniał, jak nie czuć.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Grudzień 1998

 

Draco siedział na szczycie pustych trybun Quidditcha, obserwując uczniów biegających tam i z powrotem po błoniach, przygotowujących się do powrotu do domów na święta Bożego Narodzenia.

Zanim wyszedł, minął Blaise’a w Pokoju Wspólnym ósmego roku. Nawet nie pytał, dokąd Draco się wybiera — nigdy tego nie robił.

Blaise po prostu patrzył, jak wkładał płaszcz, a między jego brwiami tworzyła się znajoma zmarszczka. Zawsze miał ten wyraz twarzy, gdy zastanawiał się, czy się odezwać. Cokolwiek przyszło mu do głowy, musiał uznać, że Draco nie jest gotowy, by to usłyszeć.

— Nie zamarznij na śmierć — powiedział tylko, pozostawiając Draco po raz kolejny wdzięcznym, że Blaise zawsze zdawał się wiedzieć, kiedy nie naciskać.

Draco nie zabrał w tym roku miotły do szkoły — i tak nie wolno mu było grać — ale to wciąż było jedno z jego ulubionych miejsc do spędzania czasu w samotności. O dziwo, całkiem nieźle sobie radził z ograniczeniem do terenu zamku, ale dziś to było dla niego dość ciężkie.

Wojna zmieniła jego rodzinę — nie było co do tego wątpliwości. Relacje z matką nie były tak bliskie jak kiedyś. Po ostatnich, piekielnych latach zdał sobie sprawę, że choć robił wszystko, co możliwe, by zapewnić jej bezpieczeństwo, aby utrzymać rodzinę razem, podczas gdy jego ojciec niemal tracił rozum, to w dużej mierze czuł się osamotniony.

Nadal ją kochał — nawet jeśli nie zawsze ją lubił — i nienawidził myśli o tym, że spędzi święta samotnie we Dworze. Miała areszt domowy, a ponieważ jej ruchu były tak ograniczone jak jego, nie było szans, żeby przyjechała z wizytą.

Miał spędzić święta tutaj z Theo i Blaise’em — i właśnie dlatego znalazł się sam na boisku do Quidditcha. Jego dwaj najlepsi przyjaciele poszli na lunch do Hogsmeade, więc pomyślał, że spędzi czas w samotności, póki może.

Draco tak się zamyślił, że podskoczył, gdy cichy głos dobiegł z końca boiska.

— Draco!

Odwrócił się i zobaczył machającą Hermionę, gdy zaczynała wchodzić po schodach. Ich relacja zmieniła się w ciągu ostatniego miesiąca, od wieczoru, kiedy oficjalnie przeprosił.

Przeszli od partnerów do nauki do przyjaciół — choć ten fakt utrzymywali w tajemnicy. Jej hałaśliwi znajomi z Gryffindoru ledwo tolerowali fakt, że zostali przydzieleni do wspólnych projektów, nie mówiąc już o zaakceptowaniu myśli, że teraz się przyjaźnią.

W końcu dotarła do najwyższego rzędu, gdzie on siedział, z szerokim uśmiechem na twarzy, gdy jej loki powiewały na wietrze.

— Wreszcie — powiedziała niemal bez tchu, śmiejąc się i siadając obok niego. — Wszędzie cię szukałam. Zaczynałam myśleć, że się ukrywasz.

Na jej słowa w jego umyśle pojawiło się kilka wspomnień.

 

Październik

— Mam esej, profesor Sprout — powiedział Draco, kładąc pergamin na jej biurku. — Mam jednak pytanie o Jadowitą Tentakulę, jeśli ma pani chwilę.

Profesor nic nie odpowiedziała — nawet nie podniosła wzroku znad rośliny, którą przesadzała. Draco po kilku sekundach zdał sobie sprawę, że nie zamierzała udzielić odpowiedzi.

 

Listopad

Próbował wyprzedzić tłum, wchodząc wcześniej do Wielkiej Sali, mając nadzieję, że będzie pierwszy na śniadaniu. Blaise rzucił mu wyzwanie, żeby spróbował — ale nawet wtedy Draco wiedział, że lepiej się nie pojawiać, gdy sala jest pełna.

Niestety, kilku uczniów już tam było — garstka Puchonów i Krukonów, których nie znał dobrze — wraz z profesorem Flitwickiem.

Zignorował spojrzenia. Zignorował mamrotane „Śmierciożerca”, mijając ich stoły.

Przy stole Slytherinu napełnił talerz jajkami, bekonem i tostami, a następnie sięgnął po kubek. Był w połowie nalewania kawy, gdy pierwszy przedmiot uderzył w jego talerz — jakiś gadżet ze sklepu z dowcipami, prawdopodobnie od Zonka. Drugi pojawił się chwilę później, rzucony przez Krukona: trafił prosto w jego jajka, rozpryskując żółtko po koszuli.

Draco wstał cicho i wyszedł, nie zdziwiony, że Flitwick nawet nie podniósł wzroku znad talerza.

 

Posłał jej krzywy uśmiech i wzruszył ramionami, gdy wspomnienia się rozpłynęły.

— Przepraszam. Po prostu staram się nie przeszkadzać.

Hermiona skrzywiła się, niewątpliwie przypominając sobie, jak niektórzy z ich kolegów reagują za każdym razem, gdy go widzą.

— Gdzie są Blaise i Theo? — zapytała, odświeżając Zaklęcie Ogrzewające, które wcześniej rzucił na siedzenia. — Myślałam, że będziesz z nimi.

Draco prychnął.

— Na pewno publicznie obmacują się gdzieś w Hogsmeade.

Zanuciła w odpowiedzi, po czym wyciągnęła małą torebkę prezentową ze swojej torebki z koralikami, którą zawsze nosiła — tą, która jak się niedawno dowiedział, zawierała nielegalne Zaklęcie Zmniejszająco-Zwiększające.

Hermiona podała mu torebkę z kolejnym, ciepłym uśmiechem.

— W każdym razie cieszę się, ze zastałam cię samego. Chciałam ci to dać, zanim wyjadę.

To go kompletnie zaskoczyło.

— Hermiono, nie musiałaś… Ja nie… Nie mam…

— Odetchnij, Draco — przerwała mu ze śmiechem. — W porządku. Nie oczekiwałam niczego w zamian. Po prostu chciałam ci to dać. No dalej — ponagliła go. — Otwórz.

Wyciągnął papier z torebki i sięgnął do środka; jego dłoń musnęła coś ciepłego i miękkiego. Wyciągnął to i rozłożył kaszmirowy szalik, utkany z pięknej włóczki w kolorze leśnej zieleni.

Pozwolił miękkiemu materiałowi prześlizgnąć się przez palce, podziwiając równe ściegi.

Hermiona mylnie wzięła jego milczenie za niesmak, bo kiedy na nią spojrzał, marszczyła brwi i nerwowo załamała ręce.

— Wiem, że to niewiele — wyszeptała, przygryzając pełną, dolną wargę. — Ale…

— Nie — przerwał jej, kręcąc głową, by powstrzymać tę myśl. — To cudowne.

Podniosła wzrok, a na jej twarzy pojawiła się ulga, gdy wybuchła pozbawionym tchu śmiechem.

— Podoba ci się?

— Oczywiście — potwierdził. Uśmiech, którym ją obdarzył był ciepły i szczery — zupełnie inny niż sarkastyczny grymas, z którego był znany. — Dziękuję. Nikt nigdy nie podarował mi czegoś takiego.

Hermiona uśmiechnęła się szeroko, po czym lekko wzruszyła ramionami.

— Cóż, pomyślałam, że jeśli dyplomacja i aktywizm nie wystarczą, zawsze mogę otworzyć tragicznie niedofinansowany sklep z włóczkami i dziergać, żeby wywalczyć sprawiedliwość.

Draco zaśmiał się głośno i szczerze.

— Nie próbowałaś już tego ze skrzatami, które tu pracują? Jak ci poszło?

— No cóż — mruknęła, przewracając oczami. — Chciałabym wierzyć, że moje umiejętności się poprawiły, więc może tym razem uda mi się osiągnąć lepsze rezultaty.

Znów spojrzał na szalik, przesuwając kciukiem po delikatnych ściegach.

— Dziękuję — powtórzył, tym razem ciszej. — Nikt nigdy nie dał mi czegoś zrobionego specjalnie dla mnie. Ale tobie jakimś cudem udało się stworzyć coś ciepłego, użytecznego i zupełnie nieoczekiwanego. Zawsze tak robisz.

Nie miał zamiaru mówić tego ostatniego — ale i tak mu się wymknęło.

Co gorsza, to była prawda.

Posłała mu zapierający dech w piersiach uśmiech, a na jej policzkach rozkwitł delikatny rumieniec.

— Proszę bardzo, cieszę się, że ci się podoba.

Siedzieli w błogiej ciszy przez kilka minut, obserwując ptaki przelatujące nad boiskiem.

— O której wyjeżdżasz? — zapytał Draco, przerywając ciszę.

Hermiona spojrzała na zegarek i westchnęła.

— Właściwie już muszę iść do Hogsmeade, żeby złapać pociąg.

Draco przełknął ślinę, jego wzrok ślizgał się po niej, gdy zaczynała zbierać swoje rzeczy.

— Racja.

Wstał pierwszy, podając jej rękę. Zeszli po schodach i przeszli przez boisko w milczeniu. Po drodze Draco owinął swój nowy szalik wokół szyi.

Zatrzymali się kilka kroków od wejścia — tu mieli się rozstać.

— Jeszcze raz dziękuję — mruknął Draco, wskazując na szalik. — Wesołych Świąt.

Hermiona wyciągnęła rękę, ścisnęła jego dłoń, a następnie stanęła na palcach, by pocałować go w policzek.

— Wesołych Świąt, Draco.

Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, odwróciła się i odeszła — tuż przed tym, jak wokół nich zaczęły wirować płatki śniegu.

Patrzył za nią, aż zniknęła mu z oczu. Szalik był miękki w dotyku, ocierając się o jego szyję. Ale to zdecydowanie za mało.

Nie, kiedy wszystko inne, co mu ofiarowała, zaraz miało wyjechać.

[T] To, co jest między nami: Jesteś moją idealną dziewczyną

sobota, 4 lipca 2026

 

Witajcie :) w sobotnie popołudnie zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Trochę się tu podzieje, ale powinien Wam się podobać.

Na kolejny rozdział zapraszam za trzy tygodnie. Spowodowane to jest moim wyjazdem na wakacje i brakiem dostępu do komputera przez tydzień. Miłej lektury i weekendu!

______________


Rozdział 31: Jesteś moją idealną dziewczyną

 

Październik 2004

 

Hermiona odliczała dni. Ona i Draco postanowili, że Halloween będzie idealną okazją do małej bitwy z ich demonami, której nie mogła się doczekać. Omówili wydarzenie, a ona opowiedziała mu swój sen tak szczegółowo, jak tylko mogła. Sposób, w jaki na nią patrzył, jakby coś złego narastało w jego umyśle, sprawił, że ugięły się jej kolana i doszli do wniosku, że szkolny mundurek musi poczekać — tym razem chodziło o ich wspólnego demona.

Mówiąc wprost, to miała być ich terapia ekspozycyjna.

Aby przeciwdziałać temu, co mogło być konsekwencją lawiny strachu, Hermiona obiecała Draco, że pozwoli mu się nią zaopiekować przez cały następny dzień i czekała na to z pewnym niepokojem.

Cały proces opieki był intymny, ciepły, wrażliwy i to właśnie było groźbą zakochania się, czego nie mogła zrobić. Mogła jedynie zaakceptować fakt, że pociągał ją w sposób, w jaki nigdy nie pociągał jej nikt inny, że byli absurdalnie dobrani seksualnie i że podziwiała jego intelekt oraz dowcip, ale w chwili, gdy zaczęła żywić do niego takie uczucia, wiedziała, że będzie musiała z tym skończyć. Ale do tego czasu będzie się tym w pełni cieszyć, a to oznaczało niebezpieczne odgrywanie ról oraz obiecujące orgazmy.

Ulga była dziwna. Hermiona czuła, że mogła odetchnąć po raz pierwszy od wieków. Opowiedzenie mu o swoim najgłębszym wstydzie i uniknięcie osądu było jak przebicie się pod powierzchnię po latach spędzonych w głębinach.

Ale jej wyznania wcale nie sprawiły, że przestał się nią interesować. Wręcz przeciwnie, zdawało się, że jeszcze bardziej go to kręciło. Kiedy wróciła do domu we wtorek, na stole w salonie czekał na nią wielki bukiet róż. Około dziesięciu, ogromnych, purpurowych kwiatów stało w delikatnym, szklanym wazonie. Kompozycję dopełniały nasycone gałązki adiantum, nadające wypolerowanym kwiatom dziki wygląd. Był romantyczny i niemal zbyt piękny, by go dotknąć. Sądząc po jego wyglądzie, poczuła, że powinien stanowić elegancki element centralny gotyckiej powieści z dziewiętnastego wieku. Jej serce zabiło mocniej. Nie mogła powstrzymać się od prychnięcia na wspomnienie nieudanej próby adoracji McLaggena.

Do bukietu róż dołączono bilecik ze starannym pismem, które odznaczało się czarnym tuszem na kremowym pergaminie.

 

Nadchodzi pięknie, niczym noc

Gdy rozgwieżdzona olśniewa;

Światła i mroku spójna moc,

Z jej obecnością się zlewa;

W blask subtelny łagodniejąc,

Co go słońce dnia nie miewa.

Nie oczekuj, że znów zapomnę o Twoich urodzinach, kochanie.

- DM

 

Hermiona ledwo spała tej nocy.

Dwa razy w tym tygodniu zaskoczył ją w gabinecie, zamykając i wyciszając pokój, zanim wydał jej rozkazy. Raz kazał jej uklęknąć, zanim wepchnął jej do ust swojego grubego kutasa, aż doszedł do jej gardła, a raz pochylił ją nad biurkiem i zrobił jej palcówkę, dopóki nie doszła z krzykiem. Seks w biurze był zdecydowanie bardzo potrzebnym wytchnieniem.

Gdyby Draco mógł zdecydować, Hermiona była pewna, że w tym tygodniu byłoby ich więcej niż dwa, ale Cross miał zwyczaj włóczyć się po jej gabinecie, próbując namierzyć Greybacka, ku wielkiemu rozczarowaniu Draco.

Hermiona była rozdarta; bez względu na to, jak bardzo chciała zatracić się w pocałunkach i dotyku Draco, wciąż desperacko pragnęła wytropić Greybacka i zapobiec kolejnym atakom. Zbadali trzy mugolskie sprawy, ale tylko jedna z nich wykazywała jakiekolwiek oznaki aktywności wilkołaka. I nadal ani śladu Greybacka.

Zagłębiła się w książki o psychologii wilkołaków, a także w różne książki, artykuły i raporty o Fenrirze, próbując lepiej zrozumieć, jak wyglądają ich schematy łowieckie; zdobyła sporą wiedzę o anatomii i biologicznych przemianach wilkołaka, ale nie dowiedziała się nic o samym Greybacku i jego zamiarach.

Hermiona była sfrustrowana.

Być może dlatego Draco kazał jej zrezygnować z wieczoru picia w pubie i przyjść do niego. Tam czekał na sofie — z Ognistą Whisky w dłoni, rękawy miał już podwinięte, a w oczach malowało się niebezpieczeństwo. Jego postawa była uosobieniem swobody; kostkę skrzyżował na kolanie, lewą ręką trzymał szklankę, prawą zaś oparł o podłokietnik.

Spojrzał na nią beznamiętnie i ledwo drgnął, gdy wycedził:

— Rozbierz się.

Hermiona przygryzła wargę, rozkoszując się chwilą i przystojnym mężczyzną na sofie, po czym rzuciła torebkę z koralikami na podłogę, zdjęła buty i zaczęła rozpinać bluzkę, nie spuszczając z niego wzroku.

Draco obserwował ją głodnym wzrokiem, powoli popijając drinka.

Gdy Hermiona była już naga, stanęła przed nim, z rękami opuszczonymi po obu stronach ciała. Sposób, w jaki widok jej ciała sprawiał, że szarość jego oczu zniknęła w otchłani ciemności, sprawiał, że poczuła się niemal niezwyciężona. Pożądana.

— Co teraz, panie? — wyszeptała.

W jego zabójczym spojrzeniu tańczyło pożądane. Powoli wstał, odstawił szklankę i sięgnął po leżący obok niego na sofie zwitek czarnego, jedwabnego sznura — zwitek, którego Hermiona nawet nie widziała. Poczuła ucisk w żołądku z niecierpliwości i zwilżyła usta, gdy się zbliżył.

Zatrzymał się przed nią, patrząc na nią spod rzęs i muskając kciukiem jej usta.

— Okaż swoje uznanie, kochanie — mruknął.

Hermiona przełknęła ślinę i powoli opadła przed nim na kolana. Na Merlina, jaki on był wysoki!

Spoglądając na nią z góry, powoli wplatając palce we włosy na czubku jej głowy, mruknął z zadowoleniem:

— Lubię cię taką, kochanie, na kolanach dla mnie.

Jej usta się rozchyliły, a oddech zaciął. Nie minęło nawet dziesięć minut, odkąd była w jego mieszkaniu, a już się pociła.

Pochylił się, by znów pogłaskać jej usta, a chwytając ją za szczękę, wsunął kciuk do jej ust, delikatnie dociskając do języka.

— Powiedz mi, lubisz klękać przede mną?

Skinęła głową na tyle, na ile pozwalał mu jego ucisk, ale on tylko pokręcił głową i cmoknął.

— Mów, kochanie.

Próbowała, ale jego kciuk na jej języku to uniemożliwiał. Przez to jej słowa brzmiały jak niezrozumiałe mamrotanie.

Zmarszczył brwi i mocniej przycisnął kciuk.

— Nie słyszę cię. Mów głośniej.

Hermiona zmarszczyła brwi, czując, jak ślina powoli wypływa z kącików ust. To było upokarzające — i dziwnie podniecające. Spróbowała ponownie, głośniej, ale nadal nic poza mamrotaniem.

Draco zacmokał ponownie z niezadowoleniem i wyjął kciuk z jej ust, tylko po to, by włożyć go do swoich i zassać, patrząc na nią oczami błyszczącymi intensywnym ogniem. Prostując się, gestem nakazał jej zrobić to samo.

Hermiona drżała, gdy wstała na nogi.

— Byłaś rozkojarzona w tym tygodniu — mruknął, krążąc wokół niej. — Nie poświęciłaś sobie ani chwili uwagi. Wiesz, że tego nie lubię.

— Przepraszam, panie — powiedziała potulnie.

Zadrżała i jęknęła, gdy wbił knykieć w jej ramię.

— Co mam z tobą zrobić, mała mądralo?

— Cokolwiek zechcesz, panie — szepnęła drążącym głosem.

Zanucił cicho, aksamitnie, zatrzymując się za nią.

— Cokolwiek? — zażartował.

Przygryzła wargę.

— Tak, panie. Cokolwiek.

Ciepłe, duże dłonie musnęły jej ramiona i założyły jej nadgarstki za plecami. Związał je jedwabnym sznurem, który owinął też wokół jej szyi i tułowia, tworząc misterne wzory. Draco był powolny, schludny, a każdy dotyk był pełen szacunku i troski, pomimo ich usposobienia; w końcu ją wiązał, a jednak czuła, jakby owijał ją jedwabiem, otaczał kokonem dla bezpieczeństwa i ochrony. Jego oddech był równy, niemal medytacyjny, gdy się wokół niej obracał, a jego szare spojrzenie było skupione na węzłach, które tak umiejętnie zawiązał.

Kiedy skończył, jej ramiona były całkowicie spętane za plecami, dłonie spoczywały na przeciwległych łokciach, a jej piersi były niemal artystycznie obramowane sznurem.

— Powinnaś uważać na słowa, Granger — powiedział. — Pozwalanie komuś tak zepsutemu jak ja na zrobienie ci czegokolwiek to droga na samo dno, wiesz?

Przełknęła ślinę; mięśnie jej ramion napięły się, ale pomimo ciasnych więzów, nie czuła dyskomfortu ani bólu. Na początku było inaczej; nagłe ucięcie dopływu krwi wywołało w jej ciele coś w rodzaju paniki, skurcz, krzyk tkanki. Potem ból wycofał się powoli, ustępując miejsca czemuś cięższemu — tępemu, kojącemu ciągnieniu, które prowadziło ją w stronę tego błogiego, mglistego stanu, gdzie świat po prostu przestawał istnieć.

Czuła, jak liny oplatają jej ciało, sprawiając, że jej ciało się rozlewa; otaczają piersi, uwydatniając je, a jej sutki sterczą tak gwałtownie, domagając się uwagi. Draco przesunął po niej dłońmi, głaskał skórę i ciało wystające spomiędzy lin i węzłów, i mruknął do jej ucha.

— Tak właśnie powinno być, prawda? — mruknął. — Słodka szlama, skazana na służbę przełożonym.

Usta Hermiony rozchyliły się, z jej ust wyrwał się cichy jęk.

— T-tak, panie.

Zamruczał z aprobatą, przesunął dłonie na jej piersi, masując je leniwie.

— A kto jest twoim przełożonym, Granger?

— Ty, panie — wyszeptała.

— Grzeczna dziewczynka. — Uszczypnął ją w sutki, aż krzyknęła ze zdziwienia. Ból minął jednak tak szybko, jak się pojawił, a on wrócił do pieszczot.

— Dam ci wybór, kochanie — kanapa czy łóżko?

— Co zaplanowałaś? — zapytała.

— To zależy od tego, co wybierzesz — rzekł.

— Możesz mi powiedzieć, co powinnam wybrać?

— Mówiłem ci już, mój niecierpliwy pupilku — kanapa czy łóżko?

Przygryzła wargę.

— W takim razie łóżko, proszę, panie.

Draco nic nie powiedział, prowadząc ją do sypialni. Gestem wskazał jej, by usiadła na materacu, a następnie kazał jej położyć się na plecach. Tam kontynuował swoją skrupulatną pracę z liną, składając jej nogi i wiążąc je. Jego praca sprawiała wrażenie, jakby ją wielbił; jego praca z liną przeplatała się z delikatnymi, zmysłowymi pieszczotami; rozwarł ją jak motyla, jej pięty sięgały tam, gdzie pośladki stykały się z udami, a liny zaciskały się i zabezpieczały za plecami.

Hermiona próbowała wziąć głęboki oddech, uspokoić się. Dziwnie było być tak całkowicie skrępowaną — była przed nim nieprzyzwoicie obnażona, rozwarta i nie miała szansy, by się ukryć, osłonić. Nie mogła zacisnąć nóg. Nie mogła ich opuścić. Nie mogła się nawet ruszyć. Była całkowicie zdana na jego łaskę i im bardziej walczyła z więzami, tym mocniej się zaciskały.

Przypomniały jej się Diabelskie Sidła, jak musiała się rozluźnić i puścić, żeby przetrwać; co zabawne, ciasnota i stanowczość lin oplatających jej ciało wydawała się kojącym ciężarem, niczym koc. Wiedząc, że to oczy Draco ją ogarniały, że to jego ręce wiązały więzy i że to on sprawiał jej przyjemność, w końcu mogła się odprężyć. On miał kontrolę, on ją kontrolował i on ją utrzyma.

Draco był niezawodny, kompetentny i potężny — i choć przyznanie się do tego zraniło jej dumę, Draco Malfoy był cholernym Bogiem Rozkoszy. Ale czym właściwie, kurwa, była duma? Dałaby mu wszystko, czego by zapragnął, bo on dałby jej wszystko, czego by potrzebowała.

Skrępowana uległością, Hermiona nie mogła zrobić nic innego, jak tylko jęczeć i skomleć, gdy jej dotykał, pieścił jej rozgrzane ciało, doprowadzając do szaleństwa. Każdy dotyk, którym ją obdarzył, odkąd się rozebrała, podsycał jej ogień, sprawiał, że tęskniła, a on wciąż tylko ją drażnił. Masował miejsce, gdzie jej uda stykały się z łonem, masował zewnętrzną stronę jej nabrzmiałego ciała, sprawiając, że drżała z pragnienia, zanim jeszcze dotknął jej cipki.

Każdy oddech sprawiał, że jej klatka piersiowa napinała się w więzach, przypominając jej o bezradności, a z każdym muśnięciem jego dłoni i palców na jej skórze czuła, jak śliska ciecz sączy się z jej gorąca. Cal po calu, minuta po minucie, świat znikał wraz ze wszystkimi zmartwieniami, które nosiła w sobie. Wkrótce nie myślała już o niczym innym, tylko o pragnieniu, by jej dotknął, a kiedy jego usta drażniły jej wnętrze jej ud lekkimi pocałunkami, była bliska płaczu.

Proszę, Draco — wyszeptała.

To była tortura połączona z obietnicą niezrównanej rozkoszy na końcu świata.

On tylko nucił i całował jej miękki brzuch.

— Cierpliwości, kochanie.

Powietrze zawirowało wokół jej spragnionej cipki, gdy poruszył się, by pocałować jej piersi, i to wystarczyło, by drgnęła i cicho zapłakała. Każde zakończenie nerwowe kipiało, gotowe stanąć w płomieniach za jednym dotknięciem. Z jej ust wyrwał się urywany jęk, gdy wziął sutek do ust.

Był powolny, pobłażliwy, maltretując jej biedny sutek, zanim przeszedł do następnego, uwalniając pierwszy z obscenicznym trzaskiem.

— Chciałbym się tobą delektować — mruknął do niej, zanim potraktował drugi tak samo, zostawiając ją z parą nabrzmiałych, torturująco wrażliwych sutków, gdy skończył z nią.

Hermiona była bez tchu, obolała i nienawidziła tego, że tak strasznie kochała to delikatne okrucieństwo.

— Nie masz pojęcia, jak seksownie teraz wyglądasz — warknął, odsuwając się od łóżka.

Hermiona przechyliła głowę, żeby na niego spojrzeć. 

W jego spojrzeniu było coś, co przyprawiało ją o dreszcze, coś pierwotnego. Przesunął długie palce do czarnego, skórzanego paska, rozpinając go powoli. Głośny trzask sprawił, że przeszły ją dreszcze. Jego wzrok przesunął się ku niej, gdy składał pasek, chwycił go obiema rękami i naciągnął z kolejnym trzaskiem, który sprawił, że Hermiona jęknęła z potrzeby.

Jego ruchy były drażniąco powolne i rozważne, a ona miała ochotę szlochać z niecierpliwości, gdy przeciągał złożony pasek po nabrzmiałym ciele między węzłami. Najlżejszy dotyk sprawiał, że drgnęła, każde doznanie było spotęgowane do granic możliwości, a jej cipka zaciskała się dziko.

Proszę — wyszeptała bez tchu.

— O co chodzi, kochanie? — drażnił się. — Czego ode mnie chcesz?

— Dotknij mnie!

— Czyż nie robię tego? — mruknął.

Przeciągnął pasem wzdłuż jednej nogi.

— K-kurwa… wiesz, o co mi chodzi!

— Naprawdę?

Przeciągnął pasek wzdłuż drugiej nogi, jego krawędź dotknęła wilgotnego kosmyka między jej nogami.

— Proszę! — syknęła.

Westchnął i szybkim, gwałtownym ruchem opuścił skórzany pas na jej wewnętrzną stronę uda z głośnym trzaskiem. Hermiona jęknęła, a z jej gardła wyrwał się szloch, gdy nagły ból przeszył ją na wylot, docierając prosto do jej sedna i rozpalając ją do czerwoności. Kurwa, potrzebowała, żeby ją dotknął.

— Nie bądź niecierpliwa, szlamo — mruknął i potarł skórzanym paskiem po zbitej skórze. Ledwo pozwolił jej odpowiedzieć, już z trzaskiem przesunął go po jej drugim udzie. — Musisz nauczyć się czekać.

Kurwa! — krzyknęła przenikliwie, całe jej ciało drżało.

Łechtaczka pulsowała, miała płytki oddech, a ona płonęła. Umrze, jeśli będzie musiała dłużej czekać.

Przesunął pas po jej ciele, pocierając nim o nabrzmiałe sutki, a kiedy dwoma szybkimi ruchami przejechał po jej piersiach, krzyknęła, a pieczenie sprawiło, że zadrżała. Żar i mrowienie, które poczuła, jeszcze bardziej oderwały ją od rzeczywistości, pozwalając powoli zapaść się w tę piękną przestrzeń, gdzie nic się nie liczyło oprócz niego i jej, razem.

— Lśnisz, kochanie — zagrzmiał i przesunął pas po jej nabrzmiałych wargach, sprawiając, że załkała. — Posłuchaj tylko — mruknął i poklepał ją po skórze, pozwalając jej usłyszeć mokre dźwięki.

Nie musiał jej tego udowadniać — wiedziała, że jest przemoczona.

— Kurwa — warknął i odrzucił pas na bok.

Złapał za liny wokół jej nóg i pociągnął ją na skraj łóżka, szybkim szarpnięciem, jakby nic nie ważyła, po czym uklęknął między jej udami. W chwili, gdy jego usta dotknęły jej żaru, Hermiona zaszlochała.

Uczucie tego, jak całował jej łechtaczkę, gdy jej ręce i nogi były tak niepewnie związane, wpędziło ją w spiralę mroku rozkoszy i spełnienia. Świat rozpadł się, usechł wokół niej, a ona czuła jego język tysiąc razy intensywniej; nie tylko lizał jej cipkę, ale także duszę. Pożerał jej istotę, samą jej esencję, wykorzystując ją tak, jak tylko Bóg potrafi, jednocześnie kołysząc ją w tej bezpiecznej przestrzeni.

Ale cholera, czyż to nie było boskie?

Palec, dwa, może nawet trzy; rozciągał ją powoli, zginając stawy, by dotknąć tego nieuchwytnego punktu, podczas gdy jego język i usta pieściły łechtaczkę. Hermiona niemal poczuła, jak jej dusza opuszcza ciało, gdy sznur zacisnął się do granic możliwości; a kiedy pękł, spadła, przez swoje ciało, przez materac, przez ziemię, w błogość.

Jej ciało nie należało do niej, gdy dochodziła. Było samo w sobie, kurcząc się, napinając, wyciekając, gdy krzyczała; Draco wzdychał z dumną rozkoszą, szepcząc pochwały w stronę jej łechtaczki, zlizując soki, które z niej tryskały, a wstrząsy wtórne pozostawiły ją drżącą długo po tym, jak wróciła do swojego ciała.

— Niesamowity orgazm, Hermiono — wyszeptał bez tchu i pogłaskał ją. — Jesteś moją idealną dziewczyną.

Tak, kurwa, była.

Kiedy w końcu mogła otworzyć oczy, zrobiła wszystko, co w jej mocy, by na niego spojrzeć. Draco ściskał pięścią swojego twardego kutasa, miał oczy czarne z pożądania i chociaż Hermiona dopiero co doszła, ten widok sprawił, że jęknęła. Był tak cholernie piękny, tak idealny, że aż niesprawiedliwy, ale w tej chwili należał do niej.

Ułożył ją na łóżku, dostosowując ją do swoich potrzeb. Zadrżała z rozpaczliwego pożądania; nie miała kontroli, nie mogła się nawet ruszyć, co pozwoliło jej całkowicie pozbyć się napięcia. To było wyzwalające, choć wydawało się sprzeczne. Zanurzył się w jej śliskiej cipce, rozciągając ją rozkosznie szeroko, jednym, potężnym pchnięciem. Jęknął mrocznie, ona pisnęła, lecz Draco nie bał się pokazać jej, kto tu rządzi.

Używając lin jako oparcia, mocno i gwałtownie nią potrząsnął. Była nadziewana na jego długość z każdym pchnięciem, czubek kutasa ocierał się o jej najgłębszy punkt.

O Boże, Draco! — krzyknęła.

— Tak — syknął przez mocno zaciśniętą szczękę, a ostry odgłos uderzenia skóry o skórę rozniósł się echem po pokoju. — Jestem… twoim… pieprzonym… bogiem!

Tak! Tak! Tak! Proszę, kurwa, tak!

Całe łóżko się trzęsło, ocierając o podłogę, ale on ani na chwilę nie zwolnił tempa. Mięśnie jego bicepsów napinały się pod koszulą, materiał koszuli prawie pękł, żyły na przedramionach nabrzmiały i Hermiona mogłaby przysiąc, że widziała nawet wirujący atrament Mrocznego Znaku.

— Pieprzona… bogini… szlam — warknął, szczerząc zęby w okrutnym grymasie, gdy sięgnął, by chwycić ją za pierś w brutalnym uścisku. — Moja… moja… kurwa, moja!

Jego zaborczość owinęła się wokół niej niczym ślizgoński wąż, którym był, ściskając wszystko, czemu wiedziała, że nie powinna się poddawać, aż roztrzaskała się w wyjącym orgazmie. Draco podążył za nim z gardłowym jękiem, zaciskając liny tak mocno, że kostki palców zbielały.

— Kurwa — wydyszał i przewrócił się.

Zatrzymał się tuż nad nią, zatapiając dłonie w materacu. Kropla potu spadła z jego twarzy na jej. Czuła gorący oddech na ustach. Kolejne pół cala i Hermiona poczuła, jak jego miękkie włosy łaskoczą ją w czoło.

— Kurwa — zgodziła się, a serce waliło jej w piersi.

Draco pochłonął jej usta delikatnym, lecz natarczywym pocałunkiem, ocierając się o nią biodrami, a jego pulsujący kutas idealnie zsynchronizował się z jej zaciskającą się cipką.

— Kurwa, Hermiono — wyszeptał w jej usta. — Jesteś… ja… kurwa.

Jego głowa opadła na jej mostek, gdy skończył, a ciało drżało w jej objęciach.

Hermiona chciała przeczesać palcami jego włosy, ale więzy znów dały o sobie znać.

— Draco — wyszeptała. — Czy możesz… mnie uwolnić, proszę?

Skinął głową, ale nie poruszył się przez kolejne dziesięć, może piętnaście sekund. Potem westchnął ciężko i wyszedł z niej z wyrazem czystej satysfakcji na twarzy i przymrużonymi powiekami.

— Merlinie — wyszeptał i przesunął dłonią po jej wilgotnej skórze — jesteś cholernie niesamowita.

Hermiona obdarzyła go drżącym uśmiechem, a jego pochwała spływała po niej niczym kojący deszcz, łagodząc tępy ból, gdy z niej wychodził. Szepnął ciche słowa, zaklęcie, przesuwając dłonie po jej ciele, a liny rozluźniły się i spadły. Zatopiła się w materacu, rozkładając ręce na boki oraz prostując nogi. Czuła, jakby unosiła się w powietrzu, ciało ją mrowiło, gdy krew wróciła do normalnego rytmu.

— Wszystko w porządku? — zapytał i delikatnie pomasował jej nogi.

Hermiona skinęła głową.

— To było… rany, to było genialne!

Draco zachichotał i zaczął się rozbierać. Hermiona pożerała go wzrokiem, zafascynowana tym, jak wyrzeźbiony był pod tą alabastrową skórą; trening, któremu się poddawał, utrzymując to nieubłagalne tempo, uwidocznił się w jego nabrzmiałych mięśniach brzucha i ramionach, a Hermiona poczuła chęć objęcia ich palcami. Był idealnym, męskim okazem, a ona czuła się przepełniona rzadkim poczuciem wyższości i przywileju, widząc go w takim stanie. Najlepsze w nim było jednak to, że nie chodziło tylko o jego ciało; nie, również o jego umysł. Stanowił pakiet, którego się nie spodziewała, i to była niezwykle urocza niespodzianka.

Z drugiej strony, to było też najgorsze w nim, bo był tak blisko, że czuła jego smak, a jednak wiedziała, że nigdy nie będą razem na wieki. Nigdy do tego nie dojdzie. Powinna się tym cieszyć, póki to trwa.

Kiedy już stał zupełnie nagi, sięgnął po nią i wziął w ramiona. Zaniósł ją do łazienki i zanurzył w gorącej kąpieli, tuląc do swojej piersi. Wypytywał ją o tę scenę, delikatnie całując szyję i ramiona, pytał, czy podobały jej się liny i czy nie był dla niej zbyt brutalny.

Hermiona nie czuła już wstydu, mówiąc mu, co lubi, a czego nie. Niewiele rzeczy, które Draco jej robił, nie podobało jej się, i dziś nie było inaczej. Nawet torturująca gra wstępna była przyjemna, a kiedy wyznał, że drażnił ją przez około godzinę, zanim zrobił jej minetę, zbladła, po czym wybuchła zszokowanym śmiechem.

Godzinę? — krzyknęła. — Ty sadysto!

Draco zaśmiał się i przesunął palcami po jej ramionach.

— Jestem bardzo wymagający, jeśli chodzi o wiązanie, a ty byłaś strasznie niecierpliwa — zganił ją. — Musisz się nauczyć być cierpliwą, tak jak ja, a wtedy sprawię, że będziesz krzyczeć z potrzeby, zanim ulegnę twojej gorliwości. — Głaszcząc jej skórę, aż włoski stanęły jej dęba, powiedział: — Poza tym, miałaś dużo na głowie. Potrzeba było czasu, żeby cię z tego stanu wyprowadzić.

Hermiona nie była zadowolona, ale nie sprzeciwiła się. Jego spostrzegawczość była jednocześnie kojąca i niepokojąca, ale nie mogła zaprzeczyć cudownemu uczuciu całkowitego odłączenia od świata. Westchnęła i oparła głowę o jego pierś.

— To niesprawiedliwe. Włożyłeś tyle wysiłku we wprowadzenie mnie w inny stan umysłu, a ja nigdy tobie czegoś takiego nie robię.

— Mogłabyś wyjaśnić mi czym jest „inny stan umysłu”? — zapytał delikatnie i pocałował zagłębienie jej szyi.

Hermiona westchnęła i zmarszczyła brwi.

— To… trudno to wytłumaczyć. Czuję się jednocześnie lekka i ciężka, jakbym unosiła się swobodnie, spadając. Wokół mnie nie ma nic poza ciemnością i być może różnokolorowymi światłami, w zależności od tego, co mi zrobisz. To po prostu… przyjemność. — Nie, to było coś więcej. Przygryzła wargę, próbując ułożyć w głowie słowa, żeby to opisać. — I zaufanie — kontynuowała, być może bardziej, mówiąc do siebie niż do niego. — Ja… tak. Całkowite zaufanie. — Spojrzała na niego przez ramię. — Oddaję się tobie całkowicie, ufając, że masz kontrolę, że mnie nie skrzywdzisz ani nie zrobisz niczego wbrew mojej woli, to jest… takie miłe. Bardzo, bardzo miłe. Wszystko inne się rozpływa. To tak, jakbym po prostu istniała tu i teraz, z tobą. To jak… odpoczynek dla duszy.

Oczy Draco zawirowały, usta rozwarły się, a ja jego twarzy pojawił się wyraz, jakiego nigdy wcześniej nie widziała, taki, który trafiał prosto do jej serca. Wyglądał na zauroczonego. Wtedy przypomniały jej się słowa Crossa, że Draco się w niej podkochuje, ale nie mogła sobie na to pozwolić. Nie teraz, nie w momencie, gdy była emocjonalnym wrakiem. Szybko odwróciła wzrok, czując piekące policzki. Musiała okiełznać swoje uczucia.

— To głupie, wiem — mruknęła.

— Nie — powiedział w jej włosy. — To właściwie całkiem znane. Kiedy ludzie poddają się tak, jak ty, oddają kontrolę, mogą popaść w stan umysłu taki jak ten, który opisujesz. Niektórzy nazywają to Podprzestrzenią. Wynika to z głębokiego zaufania i… cholera, nie sądzę, żebyś rozumiała, jak czuję się zaszczycony, że mi tak ufasz. — Zaśmiał się. — Nie zrobiłabyś tego trzy miesiące temu.

Hermiona zaśmiała się — szczerze.

— Nie! Zdecydowanie nie!

— No cóż — powiedział, obejmując ją w talii i przyciągając do siebie — podczas gdy ty wpadasz w ten stan umysłu, ja zatracam się w podobnym doznaniu.

Przygryzła wargę, rysując palcami kółka na grzbiecie jego dłoni.

— Opowiesz mi o tym?

Zanucił jej do ucha tak rozkosznie niskim tonem.

— Mówisz, że całkowicie się oddajesz… cóż, czuję, że mam całkowitą kontrolę. Czuję się jak… — Przeciągał słowa, a jego dudnienie rozbrzmiało w całym jej ciele. — Jak Bóg, okrutny, dobry i potężny. Ta moc jest odurzająca, uzależniająca, ale świadomość, że daje ci przyjemność, zwiększa ją. — Pocałował wrażliwą skórę pod jej uchem. — Jedyne, co dla mnie istnieje w tej chwili, to nasze ciała i to, jak się razem czujemy; słyszę bicie twojego serca, czytam twoje ciało, jakby było moim własnym, wiem, jak nim sterować i co muszę zrobić, żeby zmaksymalizować przyjemność dla nas obojga.

Hermiona zamknęła oczy i pozwoliła, by jego usta ją oczarowały.

— Brzmi pompatycznie.

Parsknął śmiechem.

— Myślisz, że to megalomania?

— Nie. — Uśmiechnęła się. — Niech ci to nie uderzy do głowy, Malfoy, ale jesteś… bardzo dobry w seksie.

— Och, proszę cię. — Słyszała uśmieszek w jego głosie. — Wiedziałem o tym lata temu.

Więc to megalomania — prychnęła. — Ale tym razem przyznam ci rację.

— Co za wspaniałomyślność z twojej strony, Granger — mruknął i ugryzł ją w szyję, ssąc podstępnie.

Bez wątpienia miało to zostawić ślad, ale najwyraźniej nie miał  nic przeciwko. A raczej, o to właśnie chodziło. Prawdę mówiąc, była przyzwyczajona do ukrywania malinek po nocy z Draco.

Hermiona przygryzła wargi, rozważając to, co powiedział. Czy naprawdę uważał za odurzające i uzależniające sprawianie jej przyjemności?

— Twój stan umysłu — zaczęła. — Czy osiągnąłeś to z kimś innym?

Dlaczego sama myśl o tym sprawiała, że robiło jej się zimno?

Nie odpowiedział wprost i się nie spiął. Kciuk leniwie zataczał kręgi wokół jej pępka i oddychał spokojnie. W końcu odpowiedział:

— Tak, wiele razy. Ale przed tobą osiągnąłem taki stan tylko z jedną osobą. We Francji. Podczas moich początków jako dominujący.

Odwróciła się do niego.

— Z tą, która odeszła za wcześnie?

Obserwował jej twarz i powoli skinął głową.

Hermiona zmarszczyła brwi.

— Dlatego potrzebowałeś więcej czasu? Bo byłeś upojony?

— Można tak to ująć — mruknął i delikatnie odgarnął jej kosmyk włosów za ucho. — Im większy haj, tym większy spadek. Nauczyłem się już radzić sobie z tym przypływem mocy, ale cholera, muszę przyznać, że czasami trudno jest mi z niego wyjść, gdy jestem z tobą.

— Co? — Zamrugała, a jej serce nagle zabiło mocniej. — Robię coś źle?

Zmarszczył brwi i pokręcił głową.

— Nie martw się, kochanie. Nie robisz nic złego. To nic złego. Mogłoby być, ale nie jest. Nie z tobą.

— Ale… dlaczego?

Odsunęła się od niego, żeby się odwrócić, a woda zachlupotała.

Draco westchnął, odchylając się do tyłu, a srebrny wzór Lichtenberga zalśnił w świetle lampy.

— Schodzimy razem — powiedział. — Tak, jasne, seks z tobą jeszcze bardziej mnie pogrąża w tym stanie psychicznym, z wielu różnych powodów, ale ty jesteś też na to najlepszym lekarstwem. Trzymanie cię w ramionach, całowanie, rozmawianie z tobą, dbanie o ciebie… to mnie uspokaja i niech mnie diabli wezmą, jeśli nie będzie to równie odurzające, jak odlot władzy.

Zmarszczyła brwi, analizując jego słowa. Z wielu różnych powodów. Zacisnęła usta.

— Draco — mruknęła — myślisz, że byłaby między nami, cóż, taka chemia, gdybyśmy nie byli wrogami od dzieciństwa?

Wykręcił szczękę, jego oczy lekko błysnęły, po czym oznajmił:

— Kochanie, nie sądzę, żebyśmy byli wrogami od dzieciństwa, gdyby nie było między nami chemii. — Uniósł brew i przesunął palcami po powierzchni wody. — A ty co o tym sądzisz?

Poczuła, jak jej policzki gwałtownie płoną.

—J-ja nie wiem.

Cóż, oczywiście masz rację, bo nie mogłam przestać się na ciebie gapić, kiedy byliśmy nastolatkami, nawet gdy byłam wściekła. Tak, to byłoby absolutnie idealne — zdałby sobie sprawę, jaką desperatką była.

— Chodź do mnie — poprosił, wyciągając do niej rękę.

Pozwoliła mu się pociągnąć z powrotem w swoje objęcia, przytulając się do jego piersi i głęboko wzdychając. Myślała o tej scenie, o tym, jak cudownie i zarazem przerażająco było być tak całkowicie ograniczoną i kontrolowaną. Całe jej ciało drżało i nie mogła przestać myśleć o następnym weekendzie, kiedy miała się odbyć ich scena kostiumowa. Wiedziała o niej bardzo niewiele, poza tym, że na razie Draco skupia się na kostiumie Śmierciożercy. Chciał, żeby innym razem założyła szkolny mundurek, kiedy będą mogli się skupić tylko na nim. Nie żeby jej powiedział dlaczego; domyślała się, że będzie to dla niego ekscytujące wyobrażenie sobie, że może kontrolować jej wersję z Hogwartu dzięki ich dawnej wrogości. Merlin wiedział, że uważała ten pomysł za dość ekscytujący.

Ale on miał mieć na sobie szaty Śmierciożercy i w najciemniejszym zakamarku umysłu wydawało jej się to jeszcze bardziej ekscytujące. Niebezpieczne.

— Mógłbyś założyć rękawice? — zapytała. — W przyszły weekend. Czarne, skórzane rękawice.

Zaśmiał się zaskoczony.

— Masz fetysz rękawic, Granger? Nie wiedziałem, że taka jesteś.

— Przestań — mruknęła. — To nie jest śmieszne.

— Nigdy nie powiedziałem, że jest. Właściwie, podoba mi się ten pomysł — zażartował w jej włosy. — Założę czarne, skórzane rękawice. — Chwytając zębami płatek jej ucha, dodał: — Upewnię się, że też cię w nich przelecę.

— Tak?

Westchnęła i zamknęła oczy.

Zanucił, powoli przesuwając dłonią po jej brzuchu, między uda.

— Upewnię się, że będą pokryte twoją śliską, lśniącą i mokrą… — Przesunął palcami po jej wargach, drażnił łechtaczkę i sprawił, że ciężko odetchnęła — zanim włożę w ciebie moje palce w rękawicach. — Dwa palce, powolne i zdecydowane, wślizgnęły się między jej wargi, powodując jęk Hermiony. — I wejdę kilka centymetrów w głąb, właśnie tam. — Zademonstrował swoje słowa i znalazł miejsce, z którym inni mężczyźni mieli problem, a Hermiona wygięła plecy, gwałtownie łapiąc powietrze. — A potem będę cię pieprzyć, aż podarujesz mi słodki orgazm.

Zdołała tylko jęknąć, chwytając dłońmi brzegi wanny.

— Sprawia ci to przyjemność? — zapytał ochryple.

— Tak — szepnęła Hermiona i poruszyła biodrami, dostosowując się do rytmu jego dłoni.

Zamruczał, całując ją w szyję, powoli wycofując palce, by leniwie okrążyć jej łechtaczkę.

— Zachowam ten orgazm na przyszły weekend. — Kiedy zawyła z rozczarowania, zaśmiał się cicho. — Nie martw się, kochanie. Nie zostawię cię w potrzebie.

I nie zrobił tego.

Okrążał i masował jej łechtaczkę, aż drgnęła w zmysłowym, powolnym orgazmie, a jej uda zacisnęły się wokół jego ramienia. Gdy opadła z rozkoszy, przesunął dłoń do jej piersi, delikatnie je pieszcząc.

— Dziękuję — mruknęła i odchyliła głowę do tyłu. — To było miłe.

Twardość w dolnej części pleców podpowiedziała jej, że on również potrzebuje uwagi. Z zadowolonym westchnieniem odwróciła się, by usiąść na kolanach między jego nogami i objęła go pod wodą.

Twarz Draco była rozpalona głodem i nie spuszczał z niej wzroku, gdy powoli go pieściła. Ledwo mrugnął. Dopiero gdy doszedł, jego twarz wykrzywiła się w grymasie i z całej siły chwycił brzegi wanny. Białe smugi spermy, które z niego wypływały, wirowały w wodzie niczym mleczny dym, a Hermiona uśmiechnęła się, zanim wpełzła na niego i czule go pocałowała.

— Cóż — mruknął w jej usta, uśmiechając się złośliwie — dziękuję.

Hermiona tylko zachichotała.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Jesteś pewna, że nie możesz zostać?

Otwartość w oczach Draco była przerażająco rozbrajająca, ale Hermiona już podjęła decyzję. Spędziła z nim o wiele za dużo nocy i musiała zdystansować się do narastającego przywiązania. Było już późno, zjedli razem pyszną kolację i gdyby została u niego na noc, obudziłaby się z tęsknotą w sercu, tak kruchym, że pękłoby pod najlżejszym podmuchem wiatru.

Uśmiechając się, skinęła głową.

— Jestem pewna. Jutro wstaję wcześniej, żeby iść do Nory. — To było okropne kłamstwo, ale konieczne. Przygryzła wargę i zacisnęła dłonie. — Wszystko w porządku?

Draco uśmiechnął się czarującym, ale zabójczym uśmiechem.

— Nie martw się o mnie, kochanie. — Przyciągnął ją do siebie, łapiąc w talii. — Jasne, gdybym mógł zrobić to po swojemu, zjadłbym cię na śniadanie, ale rozumiem. Nie mogę mieć cię tylko dla siebie, choćbym nie wiem jak bardzo chciał.

Hermiona stanęła na palcach i sięgnęła do jego ust. Pocałunek był delikatny i pełen obietnic, i objęła go ramionami za szyję, szepcząc:

— Dziękuję, że jesteś sobą.

Po czym wyswobodziła się z uścisku i ruszyła do kominka.

Ból w sercu, który poczuła, wchodząc w zielony ogień, był dowodem na pilną potrzebę oderwania się od niego. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby nie był czarodziejem czystej krwi i nie ciążyły na nim wszystkie związane z tym tradycje. Nie żeby kiedykolwiek o tym mówił, więc tak naprawdę nic o tym nie wiedziała, ale bez trudu się domyśliła.

Właściwie wyobrażała sobie jego pozycję w życiu niemal taką jak pana Darcy’ego; był bogatym dżentelmenem z wyższej klasy, z odpowiedzialnością za noszenie rodowego nazwiska. Należał do Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki, a Hermiona wystarczająco dużo o tym czytała w swoim życiu, by wiedzieć, że supremacja krwi była motywem przewodnim arystokratycznych rozmów.

Niektórzy, oczywiście, nie przejmowali się tym — na przykład Weasleyowie — ale Malfoyowie? Jeden z najstarszych rodów czystej krwi w Wielkiej Brytanii i w Europie? Nie musiała go pytać, żeby wiedzieć, że oczekuje się od niego, że poślubi inną czarownicę czystej krwi i spłodzi dzieci, by kontynuować swoje nazwisko i fortunę arystokracji. Nie mogła oczekiwać, że zrezygnuje z tego wszystkiego dla niej, mugolaczki, którą seksualnie zdominował. I cholera, to tak bardzo bolało.

Pamiętała, jak Lavender i Parvati czasami romantyzowały bycie kochanką bogatego mężczyzny; miałyby wszystkie przywileje i żadnych obowiązków, jak mówiły. Chociaż wiedziała, że to tylko fantazja uczennicy, Hermiona czasami pozwalała sobie na takie wyobrażenie. I tak, dobrze, czasami te myśli dotyczyły pewnego blondyna. Teraz była jego zabawką, ale chociaż seks był niesamowity, sytuacja nie była tak przyjemna, jak ona i jej współlokatorki wyobrażały sobie późnym wieczorem w Wieży Gryffindoru. Kochanka nigdy nie byłaby priorytetem, zawsze wiązałaby się z tajemnicą, a Hermiona tego nie chciała. Uwaga Draco była intensywna, zmieniająca życie i wiedziała, że nigdy nie zniesie świadomości, że poświęciłby tyle samo uwagi swojej żonie. Byłaby jedyną lub żadną.

Opadając na sofę w swoim cichym mieszkaniu, westchnęła głęboko. Nie wiedziała nawet, o czym myśli: chciała poślubić Draco Malfoya? Hermiona Malfoy brzmiało dość okropnie. Hermiona Granger-Malfoy — cóż, to mogłoby przejść. Hermiona Weasley podobała jej się przez lata, ale kiedy teraz o tym pomyślała, ona również brzmiała dość okropnie.

Vanessa Weasley brzmiała dobrze. Ginevra Potter również. Ale ani Hermiona Weasley, ani Hermiona Malfoy nie.

Hermiona McLaggen? Miała ochotę zwymiotować.

Czy w ogóle chciała wyjść za mąż, czy to był tylko pomysł, który zaakceptowała, bo tego od niej oczekiwano? Każda mała dziewczynka chciała kiedyś wyjść za mąż, prawda? Małżeństwo, dzieci, wakacje z dziadkami? Wyobrażała sobie to wszystko z Ronem — nawet za tym tęskniła — ale teraz wydawało jej się to takie naiwne i dziecinne, że miała takie plany, mając zaledwie piętnaście czy szesnaście lat. Wtedy jej życie wyglądało zupełnie inaczej. Jej perspektywa rodzinna była zupełnie inna. Po pierwsze, wciąż miała rodziców. Wciąż żywiła uczucia do Rona. Wciąż miała nadzieję na przyszłość. Ale jak mogła być taka pewna wtedy, kiedy mając dwadzieścia pięć lat, nie miała pojęcia, czego chce od życia?

Cóż, przerażała ją myśl, że w jej spragnionym umyśle zaczynała się krystalizować jedna osoba, ale nie mogła sobie pozwolić na marzenia o nim. To by jej w końcu złamało serce, bo wiedziała, że to nie potrwa długo. Nie mogło. Pochodzili z różnych światów i nie śmiała nawet wyobrazić sobie jego twarzy, gdyby kiedykolwiek dowiedział się, że ma takie myśli.

Krzywołap zamiauczał cicho i wskoczył obok niej na sofę, mrucząc głośno i ze zrozumieniem.

— Wiem, wiem. — Westchnęła i pogłaskała kota po miękkiej sierści. — Jestem żałosna.

Kot wydał z siebie cichy dźwięk, wyraźnie wyrażający dezaprobatę.

— Ale to prawda! — jęknęła i przetarła twarz dłonią. — Dlaczego pozwalam sobie myśleć, że mogłabym spędzić resztę życia w ramionach Draco, skoro wiem, że to się nigdy nie wydarzy? — Zaśmiała się ponuro i odrzuciła głowę do tyłu. — Boże, trzy miesiące temu nim gardziłam! Jak mogłam stać się tak płytka, by pozwolić, żeby seks to zmienił?

Kot tylko mrugnął, ugniatając jej udo.

Westchnęła.

— Tak, wiem. To coś więcej. Znacznie więcej. I seks jest bardzo dobry. Ale Krzywołap, to cholerny Draco Malfoy! Nie mogę udawać, że nic do niego nie czuję, ale naprawdę nie powinnam! Boże! Powinnam to traktować jak związek seksualny między dwojgiem dorosłych, którzy się na to godzą, który nie przerodzi się w coś głębszego. Znaczy, jak…

Ale Krzywołap już nie słuchał. Nastawił uszy, odwracając głowę w stronę drzwi, a jego ciało zesztywniało. Zeskoczył z sofy i powoli podszedł bliżej, trzymając się blisko podłogi.

Serce Hermiony zamarło, gdy się spięła; podążyła za rudym kotem, który zbliżał się do wejścia, ostrożnie stąpając łapami. Coś było po drugiej stronie drzwi wejściowych.

Krzywołapa nie obchodziło, kiedy ktoś znajdował się na korytarzu. Nigdy nie zwracał uwagi na pukanie dostawców jedzenia czy listonoszy; jakby wiedział, że nie stanowią zagrożenia. To było bardzo nietypowe i ją przerażało.

Uniosła wzrok na drzwi, powoli, bardzo powoli sięgając po torebkę z koralikami, którą rzuciła na stolik kawowy. Nie odrywając wzroku od drzwi, wyciągnęła różdżkę i mocno ścisnęła ją w dłoni. Krzywołap nastroszył się, a jego ogon podwoił długość, więc Hermiona powoli wstała z miejsca i wycelowała różdżką w drzwi.

Serce waliło jak młotem, puls dudnił w uszach. Miała dobre zaklęcia, wiedziała, że je ma, ale krytyka Draco rozbrzmiewała w jej głowie. Powiedział jej, że ma kilka słabych punktów, ale nigdy jej nie powiedział, jakich. Była jednak pewna swoich zaklęć; wiedziała, że wytrzymają. Nigdy nie były tak wystawione na próbę, ale wiedziała, że wytrzymają. Czuła to w kościach.

Powoli podeszła bliżej. Kot stał nieruchomo, z wygiętym grzbietem i długim ogonem. Hermiona pewnie wycelowała różdżką w drzwi i przygotowała się na wszystko, co mogło się przez nie przedostać. Może nie była Aurorką, ale to nie znaczyło, że była bezużyteczna, jeśli chodzi o pojedynki.

Czas zdawał się stanąć w miejscu. Próbowała nasłuchiwać, sprawdzać, czy dostrzega kogoś po drugiej stronie drzwi, ale panowała grobowa cisza. Może zdawało jej się, że słyszy czyjeś szuranie, może zdawało jej się, że słyszy coś drapiącego o drzwi, ale nie potrafiła rozróżnić, jakie to mogły być dźwięki, ani czym było jej własne, szalone bicie serca.

Po co najmniej dwudziestu minutach wyszeptała:

Homeum Revelio.

Czekała, ale nic się nie stało. Zaciskając szczękę, sięgnęła do klamki. Wciąż trzymała różdżkę w dłoni, otwierając drzwi, i wzięła głęboki oddech, dodając sobie sił, zanim je otworzyła, ale korytarz świecił pustkami.

Zacisnęła szczękę, ostrożnie wychodząc na zewnątrz. Nikogo nie dostrzegła, ale dreszcze przebiegły jej po kręgosłupie. Coś było nie tak.

Lumos — wyszeptała, a czubek jej różdżki rozbłysnął delikatnym światłem.

Magia pokazała jej, że na korytarzu nikogo nie ma, ale wciąż dręczyło ją złe przeczucie. Pozwalając, by światło różdżki oświetliło ściany i podłogę, szukała śladów aktywności. Nie dostrzegła śladów stóp, żadnych śladów obecności człowieka, dopóki się nie odwróciła i nie zajrzała w szparę za drzwiami. Tam, w drewnie drzwi wejściowych, znajdowały się cztery, głębokie wyżłobienia w kształcie śladów pazurów, a serce Hermiony zamarło.

Odwróciła się gwałtownie, gotowa ogłuszyć lub zrobić coś jeszcze gorszego, gdyby ktoś ją zaatakował, ale korytarz był pusty jak przedtem. Zacisnęła zęby oraz dłoń na różdżce i rzuciła szybkie zaklęcie identyfikacyjne, a kiedy mroczne, siarkowe ślady ożyły pod wpływem jej magii, poczuła mdłości ściskające żołądek.

Greyback.